Czy warto obejrzeć film Johnny

Od redakcji do ekranizacji, czyli korektorka w kinie

Na początek trochę długi wstęp (test na czytelniczą wytrwałość). O księdzu Janie Kaczkowskim usłyszałam dość późno, przy okazji wykonywania swojej pracy. Otrzymałam wtedy zlecenie korekty książki Kaczkówki w sercu i kieszeni. Postanowiłam zacząć od zapoznania się z biografią jej bohatera, bo wiedza z danej dziedziny lub choćby ogólna znajomość tematyki zdecydowanie ułatwiają pracę korektorowi. Znalezione w sieci informacje wskazywały, że przez kilka kolejnych tygodni będzie towarzyszyć mi nietuzinkowa postać. I nie zawiodłam się – każda kolejna strona książki przybliżała mi niezwykłą osobowość znanego onkocelebryty, jak sam zwykł o sobie mawiać ksiądz Jan.

Co jakiś czas w pracy redakcyjnej zdarza się zlecenie, które pozostawia w pamięci niezatarty ślad. Tak było właśnie tym razem… Byłam poruszona do tego stopnia, że pewnej nocy napisałam wiersz poświęcony pamięci księdza Jana. Udało się go opublikować jeszcze w pierwszym wydaniu książki.

Po korekcie Kaczkówek… przyszedł czas na drugą publikację – Jestem pod Jego skrzydłami. Potem medialna sława księdza Jana nieco ucichła, aż do 2022 roku, kiedy to na ekranach kin pojawił się film Johnny. Wspomnienia z czasów pracy nad książkami wróciły. Byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób producenci przedstawią tytułowego bohatera. Trzeba przyznać, że nie mieli łatwego zadania. Na seans zabrałam męża – wielbiciela kina akcji i efektów specjalnych. Było to dość ryzykowne, bo film o księdzu prowadzącym hospicjum nie obiecywał raczej spektakularnych ujęć. Jednak na koniec mąż powiedział: „Podobało mi się!” . I to już świadczy o jakości produkcji.

Muszę przyznać, że dawno nie oglądaliśmy żadnego filmu z takim zaangażowaniem. Johnny porusza, ale nie wpędza w zakłopotanie. Trudne tematy są pokazane z wyczuciem. Nie ma tam patetyczności – jest życie i śmierć. I są ludzie, którzy się z nimi zmagają. Wszystko to jest bardzo autentyczne. Trudne sfery życia, przed którymi staramy się na co dzień uciec, przenikają z ekranu do naszego „tu i teraz”. Po obejrzeniu seansu niełatwo odsunąć od siebie myśli o chorobie, bólu, śmierci. Jednak paradoksalnie potrzebujemy tego poruszenia. Zwykle nie chcemy i nie potrafimy o tym mówić, ale nie zawsze możemy udawać, że tego nie ma. Johnny przyzwyczaja nas do myśli o cierpieniu i sprawach ostatecznych. Pokazuje tę przykrą część naszego życia w taki sposób, że chcemy na to patrzeć i się z tym oswajać. Oferuje nam katharsis w dobrym stylu i nie staramy się przed tym bronić. Jest to dla mnie największa wartość tego filmu. Reżyserowi udało się oddać w ten sposób istotę osobowości i dzieła księdza Kaczkowskiego. Na tym właśnie polegała wielkość tytułowego Johnny’ego – na niebywałym wyczuciu w spotkaniu z najbardziej trudną stroną naszej egzystencji.

Dobrym pomysłem było pokazanie twórcy hospicjum przez pryzmat wydarzeń związanych z jego podopiecznym, Patrykiem Galewskim. Dzięki temu widzimy dokonania księdza Jana, a nie jego samego jako onkocelebrytę. Nie jest to łzawa historia o charyzmatycznym księdzu, który umiera przedwcześnie na raka, dzieląc los swoich pensjonariuszy. Prawdziwa wartością księdza Kaczkowskiego była umiejętność pokazania sensu życia tym, którzy już dawno go utracili albo nigdy nie mieli. I tę wartość twórcy filmu wydobyli w stu procentach. Nie brakuje przy tym humoru, wartkiej akcji, błyskotliwych dialogów – wszystkiego, co powinno znaleźć się w dobrej produkcji. Możecie zatem śmiało wybrać się na seans, bo zapewniam, że nie będzie to stracony czas.

Na koniec zamieszczam jeszcze mój wiersz. Z perspektywy czasu myślę, że jest może nieco zbyt patetyczny, ale setki przeczytanych na polonistyce pozycji tzw. literatury wysokiej odcisnęły swoje piętno na moim pisarskim warsztacie.

Pamięci księdza Jana Kaczkowskiego

Oczy twej duszy – sokoli wzrok,
czyny mocarza, choć chwiejny krok.

Patrzyłeś sercem, kochałeś tych
braci najmniejszych,  co w proch i pył
porzucą ciało bolesnych chwil.

Patrzyłeś sercem – widziałeś więcej.
Dałeś świadectwo, chociaż kalectwo
wyryło znamię twych ziemskich dni.

Pochylony nad słabymi,
słabość umacniałeś w siły,
miłosierdzie świadcząc tym,
co odchodzą w proch i pył.